Nie znamy się, ale przyjmę Cię do znajomych na fejsie
Są trzy typy fejsbukowiczów.
Tacy, co kolekcjonują znajomych, zapraszają wszystkich, z którymi wymienili komentarze i lajkują te same strony. Zaraz po wyskoczeniu powiadomienia o dodaniu do znajomych klikają ”Potwierdź”.
Tacy, co gdy widzą więcej niż dwóch znajomych myślą ”Hmm, chyba to ten gość z piątkowej imprezy, co mu zapalniczkę podpierdoliłem”, dodając do znajomych zazwyczaj z myślą. żeby o to później zapytać. Nigdy nie pytają.
I tacy, którzy przy przyjęciu zaproszenia przejrzą cały Twój profil, listy znajomych, przeglądane strony i często jeszcze napiszą wiadomość ”Znamy się?”.
Mamy XXI wiek, inwigilacja w nasze dane, hasła i profile na instagramie nikogo już nie zadziwia. Jedni żyją z tą świadomością, drudzy starają się temu zaradzać, nie podając swoich prawdziwych danych (i oczekując, że dziewczyna, którą poznali na koncercie zapamięta japońskie imię. którego używają na fejsbuku). Dlatego niesamowicie zadziwia mnie fakt prób chronienia swoich danych na portalach społecznościowych, dam nawet Ci radę , jeśli chcesz pozostać incognito - nie zakładaj fejsa. Proste?
Jasne, że masz prawo zarządzać swoim profilem jak tylko uważasz, ale proszę, nie mów mi, że to jest jedyna słuszna postawa. Bo nie jest.
Sama lata temu bardziej dbałam, o to kogo przyjmuję czy zapraszam na facebooku, teraz uważam to za zbędne. Po pierwsze dlatego, że nasz wall zasypywany jest głównie spamem od znajomych, z którymi utrzymujemy kontakt, po co wywalać tą Aśkę, koleżankę z podstawówki, skoro może się okazać, że za jakiś czas przyda Ci się do czegoś, a akurat tylko internetowy kontakt Wam pozostał.
Po drugie - polityka wiadomości na facebooku. Jeżeli pisze do Ciebie ktoś, z kim nie masz wspólnych znajomych, a dodatkowo mieszka na na drugim końcu Polski, prawdopodobnie wiadomość do Ciebie nie dotrze od razu, tylko zostanie umieszczona w folderze Inne. Nie wiem na ile jest to kłopotliwe dla przeciętnego użytkownika, ale mnie osobiście to wkurzało, bo nie raz zdarzało mi się, że czytelnik napisał do mnie wiadomość, a ja odczytywałam ją po paru dniach. Często gęsto miałam ten problem również przy różnych wolontariatach i akcjach, gdzie fejs był jedyną drogą kontaktu.
Na ten moment przyjmuję raczej wszystkich, szczególnie kiedy czyjś ryjek mi się już gdzieś przewinął. W wypadku kiedy kompletnie nie mam pojęcie kim dany osobnik jest, zdarza mi się szybki look na jego profil, jednak najczęściej i tak akceptuję.
Zdecydowanie jest jeden minus takiego modelu fejsbukowania - jeśli jesteś ładną kobietą wcześniej czy później dostaniesz wiadomość z propozycją poznana się/randki/wspólnego wyjazdu w Bieszczady.
W zależności od częstotliwości może być to mniej lub bardziej wkurzające. Czasami zdarza mi się, że parę osób dziennie pragnie ”ocalić niewinną dziewoję” (nie dzięki, ani niewinna nie jestem, ani ocalenia nie potrzebuję) przed tym okrutnym światem. Ma to duży związek z udzielaniem się na wszelakich grupach i stronach, lecz w pewnym momencie po prostu przestało mnie to denerwować, a nawet udało mi się odbyć jedną czy dwie interesujące rozmowy. Jeżeli nie są to miłe, niezobowiązujące konwersacje powinno takiego delikwenta szybko usunąć, szczególnie jeśli jest wyjątkowo upierdliwy.
O ile luźno podchodzę do dodawania znajomych, to prawdziwy rygor prowadzę w naszym pożyciu na facebooku. Sprawa jest prosta, jeśli ktoś mnie wyjątkowo wkurza, dodaje zdjęcia swojego dzieciaka co pięć minut i głosuje na Korwina - wylatuje. Ot cała filozofia.
Swój profil traktuję jako pewnego rodzaju komunikację ze światem, większość mojego walla to udostępnione artykuły, zaproszenia na koncerty i, o zgrozo, grafiki prowegańskie/profeministyczne/prowolnościowe etc. Dlatego na dobrą sprawę duża ilość znajomych jest super, kiedy chce się im coś przekazać, ale generuje też masę hejterów. W pewnym momencie po prostu zaczęłam usuwać negatywne, nic niewnoszące komentarze i przestałam wdawać w dyskusje. Chcę żeby moja tablica propagowała/promowała to w co wierzę/to co lubię, a nie była zaśmiecana prze ludzi, którzy siedzą w mentalnym średniowieczu. Bardzo zdrowe podejście, polecam.
Trochę oszukiwałam, mówiąc, że przyjmuję wszystkich, bo to nie prawda. Są takie osoby, które nie mają szans, znaleźć się w gronie moich znajomych:
- moja rodzina, bo nie chcę, żeby potem ciotka Elga opowiadała jak to czytała, że harda impreza była w piątek i ile to nie wypiłam
- moi pracodawcy/nauczyciele/koledzy z pracy, choć chyba nie muszę wyjaśniać dlaczego
- ludzie o skrajnie przeciwnych poglądach, można mi teraz zarzucić, że nie potrafię uargumentować swoich racji i boję się, że nie mam racji, ale prawda jest taka, że zazwyczaj takie rozmowy nie maja sensu, bo nikt nie chce wysłuchać co myślisz, tylko pokazać, że to ona ma racje. Moja racja jest najmojsza. Toteż widząc, że ktoś w tle ma zdjęcie palącej się tęczy, albo cytat z Biblii, raczej nie spotka go zaszczyt spamowania w moim ogródku.
I jak tu się odnaleźć, w tym całym mętliku?
Sama, zresztą za sprawą bloga, dopiero wchodzę w temat social mediów, ale poznając ich działanie coraz bardziej zadziwia mnie jak wiele metod używania jednego serwisu istnieje. Od bycia gwiazdą twittera, poprzez cichego instagramowicza, aż po aspołecznego fejsbukowca. Każda z tych metod ma rację bytu, ale czasem po prostu warto się zastanowić, czy to co robimy ma jakikolwiek sens i czy próba zachowania swojej prywatności w sieci ma jakikolwiek sens.
Agnieszka
grafika: wallheaven


