Przeciętną być

Kiedyś zapytałam przyjaciela co o mnie myśli.
Powiedział mi, że jestem wyjątkową osobą. Tak osobą. Nie kobietą, gdyż ostatnim z jego zamiarów byłaby próba poderwania mnie. Tłumaczył mi potem, że zupełnie nie ma tego na myśli, że nawet gdybym była facetem, nie ośmieliłby się powiedzieć, że jestem przeciętna(-y?).
Tylko, że ja właśnie tak się czułam.
Zaczęłam opowiadać, o tym jak całe życie jedyne czego chciałam, to być kimś, nie szarym tłumem, tylko tą wyjątkową osobą, o której wszyscy szepczą. O tym, jak bardzo boję się normalności i jak wiele brakuje mi do bycia niezwykłą.
"Dlatego farbuję sobie włosy na dwa różne kolory, słucham undergroundowej muzyki i noszę dziwne ciuchy" - wyliczałam, wpadając w słowotok.
"No właśnie" - przerwał mi.
There is the point.
Tak bardzo chciałam być inna, że odmienność stała się częścią mnie.
Teraz powinien być moment, w którym napiszę, że straciłam to kim jestem, próbując być kimś innym.
Że odkryłam piękno w przeciętności i że nie warto tracić siebie, przez jakiś, tak idiotyczny zresztą, strach.
Ale tak łatwo nie będzie.
Właściwie, przyznam, że dopiero teraz czuję się naprawdę sobą.
Nad swoją osobowością zaczęłam zastanawiać się gdzieś w okolicach początku gimnazjum. Wtedy to, zaczęłam słuchać ciężkiej muzyki i ubierać się na czarno, żeby tak bardzo pokazać swoją odmienność.
Co oczywiście przyniosło odwrotny skutek. Byłam w mniejszości, ale nie byłam tą jedyną. Kolejna nudna metalówa słuchająca Anthrax, można by rzec.
Przechodziłam wiele różnych etapów, subkultur i buntów. Raz chciałam chciałam być mroczną gotką, raz radosnym punkiem. To była, ba nadal jest, moja podróż w odkrywaniu siebie. Nie mogę powiedzieć, że nie czułam się wtedy sobą, że brakowało mi czegoś, za czym podążałam. To po prostu były kolejne etapy, które doprowadziły mnie do etapu, w którym teraz się znajduję.
Zawsze miałam słabość do odmienności. Moje ulubione postacie z bajek miały bzika i były równie pokręcone co szalone. Dziwnie się ubierały i śmiały w nieodpowiednich momentach. Na takim wyobrażaniu fajności się wychowałam, taka zawsze chciałam być. I byłam, bardziej niż sądziłam.
Jednak do tego kim jestem musiałam dorosnąć, a przede wszystkim przestać wziąż myśleć o opinii innych ludzi. Za bardzo starałam się dopasowywać do szablonu osoby alternatywnej (nie lubię tego słowa, ale z braku laku...) nie zdając sobie sprawy, że wyjątkowość nie podlega normą i wynika właśnie z niewpisywania się w utarte schematy.
Nie było żadnego apogeum, które zwariowałoby mój świat. Małe stopniowe zmiany, rzeczy, które musiałam w sobie skorygować. Zaczęło się gdzieś tam od tego, że porzuciłam czarne ciuchy, zdając sobie sprawę, że mogę słuchać rocka nie chodząc non stop w glanach i skórzanej kurtce. Później poznałam super ludzi, którzy pokazali mi świetną muzykę, tak rozpoczęłam przygodę z zespołami, które mają po 20 wyświetleń na YouTubie. I tak to jakoś szło, zainteresowania mi poszerzyły, poglądy zmieniły itd.
Nie żałuję ani jednej chwili. Nawet tym złym decyzją nie mam nic do zarzucenia, bo także one ukształtowały mnie i moje życie. A ja lubię swoje życie. Mogę stanąć przed lustrem i szczerze powiedzieć, że dobrze się czuję z tym kim jestem.
Tekst de facto jest moją odpowiedzią na ostatni post, który pojawił się na blogu, u mojego kochanego Joschki [Odmienność Cię zabiła], z którym nie do końca się zgadzam, a komentarz wyszedł mi zbyt długi, żeby go publikować.
Uważam, że każdy ma prawo do poszukiwania siebie, błądzenia i robienia rzeczy, które może nie do końca do niego pasują.
Na tym w końcu polega życie.
Agnieszka

