Wypada zakochać się na wiosnę

Też się zakochałam.
Jak na grzeczną dziewczynkę przystoi.
Ja - młodziutka, zgrabna, choć zakompleksiona. Obijam się o ściany rzeczywistości między kolejnymi kieliszkami czystej.
On - wysoki, brunet, choć może blondyn, nie pamiętam. Ubrany w dżinsy, które świetnie podkreślały jego tyłek i niebieską koszulę, za dużą o chyba ze trzy rozmiary.
Patrzyłam jak się rusza, krążąc między ludźmi, rozgląda się, niby leniwie, niczego nie szukając, ale wiem, że wpatruje się we mnie, gdy tylko odwrócę wzrok. Mam ochotę podejść i zapytać o czym właściwie myśli.
Nie daje mi zastanawiać się nad tym dłużej, zbliża się w moim kierunku.
Kiedy przechodzi przez pokój - ja obserwuję.
Obserwuję tych wszystkich wokół, którzy zdają się nie zwracać na niego uwagi, choć dość ciężko odwrócić od niego wzrok.
Już tu jest, stoi nade mną, uśmiecha się.
Pochyla się, zgarniając moje włosy za ucho, zadaje pytanie próbując przebić się przez hałas ostatnich riffów Highway to hell. Jeszcze o tym nie wiem, ale te trzy słowa, układające się w tak zgrabne, niewinne pytanie, zostaną na długo w mojej pamięci. Trzy proste słowa
-Idziesz na fajkę?
Z zasady nie palę, ale również z zasady, lubię być gotowa na takie propozycje.
Kiwam głową, podnosząc się z miejsca, dziękując bogu, że wybrałam luźny strój i martensy. Podejrzewam, że w szpilkach nie byłoby tak łatwo.
Przechodzimy przez całe mieszkanie, dopiero teraz zwrócili na nas uwagę. Patrzą z zazdrością, a może z niedowierzaniem.
Docieramy do balkonu, otwierasz przede mną drzwi, jak na dżentelmena przystało, a ja przekraczam próg, próbując jak najbardziej wyeksponować swój tyłek. W końcu przepuszczanie kobiet w przejściach nie wzięło się znikąd, prawda?
Opieram się o balustradę, starając się nie zrzucić ceramicznej donicy z kiełkującą roślinką.
Podaje mi zapalniczkę. Mimowolnie uśmiecham się widząc nań wizerunek szczeniaka w okularach.
On pali mentolowe Lucky Strike`i, ja czerwone Marlboro.
Przez chwilę tak stoimy, oglądając wiosenny, za wczesny jeszcze, zachód słońca.
Dym papierosów tańczy nad naszymi głowami, po to by rozbić się o sufit.
On w końcu zagaja. Nie pyta skąd jestem, co studiuję, z jego ust wydobywają się słowa
-Masz jakieś marzenie?Mam. I to nie jedno. Nie opowiadam o tym co chciałabym robić, mieć, bo to są moje plany, nie marzenia. Mówię o lepszym świecie, braku wojen i ubóstwa. O równości i sprawiedliwości.
Kąciki jego ust podnoszą się ku górze, czy on mnie w ogóle słucha?
Odpala kolejnego papierosa.
Trzy fajki później jesteśmy już wyluzowani. On opowiada mi jak walczy o prawa zwierzą, ja daję mu przepis na Tofurnik. Zrobiło się już ciemno, krótkie cigarette time zamieniło się w czterdziestosiedmiominutową rozmowę. Moje ciało drży, choć nie jestem pewna, czy jest to spowodowane spadkiem temperatury. Niewiele myśląc wyrzucam peta w czarną przestrzeń, znajdującą się pod nami. Chcę wrócić do środka, nie mogę. On mi nie pozwala. Toruje
mi drogę swoją ręką.
Patrzę na niego ze zdziwieniem, nasze spojrzenia się krzyżują, w powietrzu czuć resztki dymu tytoniowego i napięcie, które coraz ciężej opanować. Chwyta mnie za talię, przyciągając mnie do siebie, delikatnie, acz stanowczo.
Uśmiecha się, jego twarz jest oświetlona jedynie dochodzącym zza firanki ciepłym promieniem żarówki odbijającym się od pomarańczowych ścian.
O boże, wspominałam już jak świetnie wygląda w tym T-shirtcie w paski?
Widzę błysk w jego przepięknych, niebieskich oczach, gdy zbliża swoją twarz do mojej.
Nie, nie powinnam, nie chcę, nie wiem.
Jego usta dotykają moich, czuję prąd przenikający moje ciało.
Nikt nigdy mnie tak nie całował.
Chodź, chcę Cię, pragnę.
Teraz, już, na tę chwilę. Na Zawsze.
Ukrywa moją dłoń między swoimi palcami. Czuję się bezsilna, zupełnie zapominając o otaczającym nas świecie.
Kolejny uśmiech, tym razem mój.
Ktoś mnie woła, wracam na ziemię. Wchodzimy do środka.
Szybko wymijam przeszkody i siadam na kanapie. Miejscu, które upatrzyłam sobie wiele lat temu, zdaje się, że od zawsze należało do mnie. Tu czułam się bezpiecznie. Nie chciałam dać ponieść się emocją. Nie teraz. Nie tu.
Więc siedzę, wpatrując się w przestrzeń, udając, że słucham toczących się w okół rozmów. On podchodzi do mnie, wręczając mi drinka. Rozmawiamy, dużo rozmawiamy. O świecie, o polityce, o nas. Opowiada mi jak ukradł auto ojcu, ja o skakaniu nago po dachach. Dzieli nas zaledwie kilka centymetrów, żadne nie ośmieli się przerwać tego najpiękniejszego rodzaju gry wstępnej. Nasze ciała zdają się działać logiczniej niż my sami, nie ukrywając tego, co my próbujemy zasłonić.
Impreza się już zbiera, ostatni wytrwali dzwonią po nocne taksówki. Ja mieszkam parę przecznic stąd. Sprzątam resztki jedzenia i butelki, krzątając się po pomieszczeniach. Już niema czasu na flirty i romanse. Zbieram swoje rzeczy, szukając go wzrokiem. Chcę się pożegnać, prosić o numer, ale jego już tu nie ma.
Wychodzę z windy. Te siedem pięter zdawało się być wiecznością. Myślami jestem już w swoim łóżku, ale serce zostało gdzieś w mieszkaniu numer dziewiętnaście. Razem z wspomnieniem wielkich brązowych oczu.
Przed klatką decyduję się na wypalenie ostatniego papierosa, by powrócić choć na chwilę do sytuacji z przed paru godzin, kiedy na chwilę mój świat zamarł. Nigdy tak szybko nie poddawałam się emocją.
Skręcam zza róg i, choć sama w to nie potrafię uwierzyć, spotykam go. Mówi, że chciał się przewietrzyć, że czekał na mnie. Nalega żeby mnie odprowadzić. Choć nie mam daleko, bardzo umila mi podróż.
Zapraszam go na chwilę, zostaje na dłużej. Mógłby zostać nawet na zawsze.
Noc przeradza się w starcie charakterów, w walkę o rozkosz i przyjemność. Przewracamy lampę, zrzucamy podręczniki, które jeszcze rano mi służyły, by zrobić miejsce na stole. Ciągniemy taniec naszych ciał w nieskończoność, choć i tak wydaje się, że to za krótko.
Jest namiętnie, podmiotowo, wręcz zwierzęco. Jest świetny, lecz największą przyjemność sprawia mi sposób w jaki na mnie patrzy, z szacunkiem, daleko mu od maślanego wzroku księcia z bajki. Bardziej przypomina mi lwa, który upolował swoją ofiarę.
Budzą mnie pierwsze promienie wpadając przez duże okno. Nie ruszam się, nie wstaję, nie szukam budzika. Po prostu myślę. Dużo myślę o nim, o tym kim jest, co robi. Że jest ideałem.
Przeciągam się, mając całe łóżko do dyspozycji. Wstaję, rozglądam się po pokoju, podręczniki wciąż leżą na swoim miejscu, a lampa ma się całkiem dobrze. Wchodzę do kuchni, żeby zaparzyć kawę. Niecierpliwie się czekając na gwizd czajnika. Wracam do pokoju, siadając za biurkiem, pociągam łyk kawy i się uśmiecham. Trochę cynicznie, trochę z tęsknotą.
Patrzę na zapełniony ubiegłej nocy notes, pełen myśli, rozważań, rysunków.Kart przepełnionych moimi bazgrołami, każda strona zapisana gęstym tekstem. Pół nocy zajęło mi opisywanie mojego ideału, drugie pół uświadomienie sobie, że on nigdy nie będzie istniał.
Tak, zakochałam się. W koncepcji człowieka, w zlepku tak skrajnych osobowości, że ich połączenie nie mogłoby istnieć. Zauroczyły mnie cechy, które od zawsze były dla mnie pociągające. Choć razem, wydawałyby się co najwyżej śmieszne. Nielogiczne.
Nie zmarnowałam nocy, żeby uświadomić sobie, że nigdy nie znajdę ideału, zmarnowałam noc by zdać sobie sprawę, że wcale go nie chcę.
Agnieszka

